Wszedłem sobie do jednej z najbardziej znanych rzymskich lodziarni - Giolitti, ale napchany już byłem pysznymi lodami z pobliskiej via Maddalena. W Giolitti zdecydowałem się więc na granite - podawaną w plastikowych przejrzystyck kubeczkach. Była smaczna i naprawdę owocowa. Poprosiłem o dwie warstwy - czerwony pomarańcz i mango - taką miałem ochotę. Gelataio (a wlaściwie granitaio) przyjrzał się z uznaniem efektowi swojej pracy i stwierdził: "giallo-rosso!!". Żółto-czerwony to kolory AS Roma i w sumie całego miasta... To była najbardziej rzymska granita jaką można sobie wyobrazić.
Wednesday, August 12, 2009
Granita giallo-rossa
W Rzymie trudno o dobrą granitę. Ta właściwa jest ponoć z Sycylii - sprytnie zmrożony w grudki sok owocowy.
Saturday, July 4, 2009
Hinduski Titlis

Wybraliśmy się dziś z rodziną Gawronów na Titlis - górę kawałek od Luzerny, na którą można wjechać na 3050 m.n.p.m. kręcącą się dookoła kolejką gondolową. Jest takich miejsc w Szwajcarii kilka - każda z nich to możliwość zasmakowania Alp i alpejskich widoków bez wylewania potu przy wspinaczce pod górę. Co zdziwiło mnie na Titlisie - to ogromna przewaga turystów azjatyckich - Japończycy, Chińczycy, Filipińczycy, Hindusi... Czułem się niemal jak na konferencji bioinformatycznej w Ameryce :) Widać Titlis jest ważnym punktem w ich opasłych przewodnikach "Guide to Europe". Na dodatek można na lodowcu pojeździć na sankach i ulepić bałwana- w samym środku lata! Na Titlisie są takie atrakcje jak instant noodles, pozowane zdjęcia rodzinne w kostiumach szwajcarskich bauerów z alpenhornami i harmoszka - reklamowane przez gwiazdy Bollywood i telewizji północnokoreańskiej, napisy w kilku podstawowych językach azjatyckich, reklamy indyjskich firm produkujących żelazka i grzejniki, etc... Wyjątkowo dużo było turystów hinduskich - wycieczkami, rodzinami, w sari, w dresach, w wełnianych czapkach i rękawiczkach czasem (5C na szczycie). Na stacji przesiadkowej kolejki była wielka tablica: "Restaurat - Indian organized groups only!!" a zza drzwi dochodził zapach zbliżony do curry. Przy dolnej stacji na poczesnym miejscu była zaś przyczepa sprzedająca somosy i bhaji's - być może najdroższe na świecie :) Kupiłem tam sobie za 3 franki "indianska herbatke" z imbirem, przyprawami, mlekiem i miodem - ale gdzie jej do tej, którą robił dla mnie w Manchesterze mój przyjaciel Sonal...
Największą atrakcją dla hinduskich wycieczek było jednak dwu niebieskookich blond angelini: mój chrześniak Atanazy i jego półtorarczony brat Klemens - Hindusi im robili dziesiątki zdjęć - jedna z pań krzyczała frenetycznie do swojego męża: "look at this baby, Szimsziu, look at this baby!!"
Thursday, June 11, 2009
Mango pickles... chyba jestem uzalezniony.

Wczoraj w sklepie hinduskim sprzedawczyni pytala mnie czy zdaje sobie sprawe co kupuje. Tak - konserwa z mango z dziko ostrymi przyprawami to jest to. Coraz mniej wyobrazam sobie bez niej kielbase, kanapki z miesem, a nawet wlasnego wypieku pizze. Musztarda, tabasco, pepperoncino w proszku - moga sie schowac.
Monday, May 18, 2009
San Diego do Tucson
Rano po solidnym śniadaniu u Chrisa i Kathrin wyruszyłem z San Diego w stronę Arizony. Zatrzymałem się najpierw w Mission Valley - miejscu gdzie znajduje się Mission San Diego - najstarszy (od 1776) kościół w południowej Kalifornii. Msza w południe była odprawiana bardzo podniośle, z pięknie śpiewającym chórem, a wnętrze bazyliki misyjnej zupełnie nie przypomina kościołów znanych z Europy. Z zewnątrz też - styl "kolonialny". Do tego dwa ogródki-chiostro, małe muzeum i szkoła parafialna.
Później przejechałem przez góry oddzielające San Diego od pustyni i od El Centro i Hotville zaczęła się pustynia, która później ciągneła się w różnych odmianach do samego Tucson. Najpierw górskie krzaki, później koło wjazdu do Yumy kawałek pustyni piaszczystej, od Arizony zdecydowanie najwięcej jest kaktusów. Jazda po pustyni jest całkiem przyjemna - klimatyzacja, meksykańskie radio, litrowy kubeł coli z lodem - nie wziąłem tylko okularów przeciwsłonecznych - kupiłem dopiero jedne na postoju w Casa Grande. Na szczęście jechałem na wschód i słońca nie miałem z przodu. Tak czy owak, wskaźnik temperatury zewnętrznej w aucie sięgał 109F, czyli 42,7 naszych stopni. Ufff jak gorąco!
Sunday, May 17, 2009
San Diego, La Jolla...
Wiem już jakie są przyjemności życia w południowej Kaliforni. W San Diego wybrałem się do parku Sea World, gdzie można oglądać znane chyba kazdemu z nas z telewizji pokazy treningu delfinów i orek. Na żywo jest to naprawdę niezwykłe widowisko, wyreżyserowane tak aby po pół godzinie skakania morskich zwierzaków przezyć można prawdziwe katharsis. Poza tym to naprawdę mądre stwory...
Aha -
i oglądałem foki pływające na wolności i wylegujące się 200 metrów od centrum La Jolla.
Z Kathrin, Chrisem i Mike'm byliśmy po solidnej grze w siatkówke w "prawdziwym" meksykańskim barze. Znow burrito - tym razem z krewetkami i taco z ryba. Swieżo usmażone nachos i masa ostrego sosu... mniam! Do picia - meksykańskie piwo z limonka.
Dziś z kolei byliśmy "męską wyprawą" w pięciu w Cabrillo National Monument - punkcie widokowym na półwyspie, z którego widać Coronado Island i prawie całe San Diego. Gdy zjedzie się na dół do oceanu, obserować można "tidal pools" czyli kałuże pozostałe po odpływie, w których biegają kraby i inne zwierzaki. Widzieliśmy też wędkarza, który przez pomyłkę złowił sporą languste.
Po południu wpadliśmy po Kathrin do jej sobotniej szkoły niemieckiej na zakończenie roku - po wierszykach o "meine Heimat" i rozdaniu świadectw było Leberkase z czerwona kapusta i Schwarzwalder Torte :) Jutro wyruszam do Arizony... 10:30 do Yumy.
Thursday, May 14, 2009
Dzień burrito
Wczoraj zaczałem wycieczkę po Kaliforni. Z lotniska w Los Angeles przejechałem do przyjaciół w La Jolla, przedmieściu uniwersyteckim San Diego. W Kaliforni fajnie jest - na miejscowo właściwy sposób - trochę jak we Włoszech - ciepły klimat, ciekawe jedzenie, ludzie wyluzowani. W wypożyczalni pierwszy raz dostałem auto gorsze od mojego własnego - po przejechaniu się Chevy Cobaltem uważam, że powinno się eksportować do Kaliforni Skodę Fabię - w wersji z automatyczną skrzynią biegów. Poza tym był to dzień burrito - zacząłem od prostego mega-burrito w Taco Bell (zachodzę w głowę, dlaczego skasowano nieliczne TB w Polsce, np. na Placu Bankowym w Wwie...), później u przyjaciół w La Jolla dostałem burrito z kiełbasą i masą jajeczną produkcji gospodarza. Do tego lekkie piwo Sierra Nevada.
LJ jest chyba jednym z nielicznych miejsc w Stanach, gdzie można zobaczyć ludzi noszących siatki z zakupami do domu - są to zagraniczni studenci i doktoranci, którzy nie mogą się nauczyć, ze do spożywczaka jeździ sie samochodem... Rano na sniadanie było typowo amerykańsko - bagels i wieeelka kawa. Mogłem sobie dalej odespać i wybrać się na plażę, sluchajac meksykanskiego radia z Tijuany... Quiero regresar para besar tus labras rojas... lalalala...mi corazon... lalala... i tak w kółko radośnie :)
Tuesday, May 5, 2009
Weekend majowy...
W celu przetestowania nowego srodka transportu i przewietrzenia jego stu czterdziestu koni, udalismy sie piecioosobowa ekipa na poludnie. Tunel sw Gotarda mial tego dnia taka wlasnosc, ze po jego polnocnej stronie lalo jak z cebra, a po przejechaniu 17km tunelem na poludnie - swiecilo slonce. Pod wieczor gdysmy wracali - odwrotnie. Tak wiec pojechac do krajow wloskojezycznych oplacalo sie dla samego slonca.
Juz w Ticino, przed Belinzona, odbilismy na Locarno, dalej zas przez granice szwajcarsko-wloska, wzdluz Lago Maggiore. Pierwsza wieksza miejscowoscia po wloskiej stronie jest Cannobio - i jest naprawde wloskie - nie rozczarowuje. Wjechalismy do niego w porze obiadowej i kierowalismy sie w kierunku jeziora, szukajac jedzenia. Instynkt nas nie mylil - na srodku promenady wzdluz wody znajduje sie rodzaj rynku z zestawem restauracji. Wybrana zostala tavola calda, z calodniowym wyszynkiem pizzy i pasty - nie najbardziej wyszukane miejsce na jedzenie, ale jak to we Wloszech, wystarczajaco dobre, zajete takze w duzej mierze przez ludnosc miejscowa. I tansze o jakies 50% niz 10km stad, w Szwajcarii... Stesknilem sie za wloskim jedzeniem bardzo - wiec opcje byly klasyczne - antipasto zlozone z miejscowych wedlin i pasta w roznych wersjach, do tego litr miejscowego czerwonego wina. Pozniej spacer wzdluz jeziora, lody i kawa - mmmm.... Po drodze miejscowe sanktuarium Sanctissima Pieta - nieduzy kosciolek, pod ktorym przechodzi uliczka (!) zas po jednej stronie jest krypta kosciola, a po drugiej - pod wejsciem do nawy - jest restauracja.
Wracajac zahaczylismy o Locarno - tez sympatyczne miejsce, ale czuc juz Szwajcarie, mimo, ze wloskojezyczna. Mozna posiedziec nad jeziorem, popatrzec na Alpy... che bello :)
Juz w Ticino, przed Belinzona, odbilismy na Locarno, dalej zas przez granice szwajcarsko-wloska, wzdluz Lago Maggiore. Pierwsza wieksza miejscowoscia po wloskiej stronie jest Cannobio - i jest naprawde wloskie - nie rozczarowuje. Wjechalismy do niego w porze obiadowej i kierowalismy sie w kierunku jeziora, szukajac jedzenia. Instynkt nas nie mylil - na srodku promenady wzdluz wody znajduje sie rodzaj rynku z zestawem restauracji. Wybrana zostala tavola calda, z calodniowym wyszynkiem pizzy i pasty - nie najbardziej wyszukane miejsce na jedzenie, ale jak to we Wloszech, wystarczajaco dobre, zajete takze w duzej mierze przez ludnosc miejscowa. I tansze o jakies 50% niz 10km stad, w Szwajcarii... Stesknilem sie za wloskim jedzeniem bardzo - wiec opcje byly klasyczne - antipasto zlozone z miejscowych wedlin i pasta w roznych wersjach, do tego litr miejscowego czerwonego wina. Pozniej spacer wzdluz jeziora, lody i kawa - mmmm.... Po drodze miejscowe sanktuarium Sanctissima Pieta - nieduzy kosciolek, pod ktorym przechodzi uliczka (!) zas po jednej stronie jest krypta kosciola, a po drugiej - pod wejsciem do nawy - jest restauracja.
Wracajac zahaczylismy o Locarno - tez sympatyczne miejsce, ale czuc juz Szwajcarie, mimo, ze wloskojezyczna. Mozna posiedziec nad jeziorem, popatrzec na Alpy... che bello :)
Subscribe to:
Posts (Atom)
