Showing posts with label szwajcaria. Show all posts
Showing posts with label szwajcaria. Show all posts

Friday, August 21, 2009

Gazpacho all'Hansruedi


What can you see from behind your laptop on Friday afternoon...

Allora, come si fa il gazpacho swizzero:

1. Pour the content of a Migros gazpacho bag (3.50 CHF apiece) into a 1 lt beaker
2. Add decent amount of Worchestershire sauce
3. Add decent amount of tabasco
4. Add decent amount of lemon juce from the plastic bottle
5. (Achtung!) Fill up the beaker with Migros tomato juice.
6. Say magic words: "Aaaa...it's so sane..." :)

And drink straight away from the beaker.
Zum wohl!

Saturday, July 4, 2009

Hinduski Titlis


Wybraliśmy się dziś z rodziną Gawronów na Titlis - górę kawałek od Luzerny, na którą można wjechać na 3050 m.n.p.m. kręcącą się dookoła kolejką gondolową. Jest takich miejsc w Szwajcarii kilka - każda z nich to możliwość zasmakowania Alp i alpejskich widoków bez wylewania potu przy wspinaczce pod górę. Co zdziwiło mnie na Titlisie - to ogromna przewaga turystów azjatyckich - Japończycy, Chińczycy, Filipińczycy, Hindusi... Czułem się niemal jak na konferencji bioinformatycznej w Ameryce :) Widać Titlis jest ważnym punktem w ich opasłych przewodnikach "Guide to Europe". Na dodatek można na lodowcu pojeździć na sankach i ulepić bałwana- w samym środku lata! Na Titlisie są takie atrakcje jak instant noodles, pozowane zdjęcia rodzinne w kostiumach szwajcarskich bauerów z alpenhornami i harmoszka - reklamowane przez gwiazdy Bollywood i telewizji północnokoreańskiej, napisy w kilku podstawowych językach azjatyckich, reklamy indyjskich firm produkujących żelazka i grzejniki, etc... Wyjątkowo dużo było turystów hinduskich - wycieczkami, rodzinami, w sari, w dresach, w wełnianych czapkach i rękawiczkach czasem (5C na szczycie). Na stacji przesiadkowej kolejki była wielka tablica: "Restaurat - Indian organized groups only!!" a zza drzwi dochodził zapach zbliżony do curry. Przy dolnej stacji na poczesnym miejscu była zaś przyczepa sprzedająca somosy i bhaji's - być może najdroższe na świecie :) Kupiłem tam sobie za 3 franki "indianska herbatke" z imbirem, przyprawami, mlekiem i miodem - ale gdzie jej do tej, którą robił dla mnie w Manchesterze mój przyjaciel Sonal... 
Największą atrakcją dla hinduskich wycieczek było jednak dwu niebieskookich blond angelini: mój chrześniak Atanazy i jego półtorarczony brat Klemens - Hindusi im robili dziesiątki zdjęć - jedna z pań krzyczała frenetycznie do swojego męża: "look at this baby, Szimsziu, look at this baby!!" 

Tuesday, May 5, 2009

Weekend majowy...

W celu przetestowania nowego srodka transportu i przewietrzenia jego stu czterdziestu koni, udalismy sie piecioosobowa ekipa na poludnie. Tunel sw Gotarda mial tego dnia taka wlasnosc, ze po jego polnocnej stronie lalo jak z cebra, a po przejechaniu 17km tunelem na poludnie - swiecilo slonce. Pod wieczor gdysmy wracali - odwrotnie. Tak wiec pojechac do krajow wloskojezycznych oplacalo sie dla samego slonca.

Juz w Ticino, przed Belinzona, odbilismy na Locarno, dalej zas przez granice szwajcarsko-wloska, wzdluz Lago Maggiore. Pierwsza wieksza miejscowoscia po wloskiej stronie jest Cannobio - i jest naprawde wloskie - nie rozczarowuje. Wjechalismy do niego w porze obiadowej i kierowalismy sie w kierunku jeziora, szukajac jedzenia. Instynkt nas nie mylil - na srodku promenady wzdluz wody znajduje sie rodzaj rynku z zestawem restauracji. Wybrana zostala tavola calda, z calodniowym wyszynkiem pizzy i pasty - nie najbardziej wyszukane miejsce na jedzenie, ale jak to we Wloszech, wystarczajaco dobre, zajete takze w duzej mierze przez ludnosc miejscowa. I tansze o jakies 50% niz 10km stad, w Szwajcarii... Stesknilem sie za wloskim jedzeniem bardzo - wiec opcje byly klasyczne - antipasto zlozone z miejscowych wedlin i pasta w roznych wersjach, do tego litr miejscowego czerwonego wina. Pozniej spacer wzdluz jeziora, lody i kawa - mmmm.... Po drodze miejscowe sanktuarium Sanctissima Pieta - nieduzy kosciolek, pod ktorym przechodzi uliczka (!) zas po jednej stronie jest krypta kosciola, a po drugiej - pod wejsciem do nawy - jest restauracja.

Wracajac zahaczylismy o Locarno - tez sympatyczne miejsce, ale czuc juz Szwajcarie, mimo, ze wloskojezyczna. Mozna posiedziec nad jeziorem, popatrzec na Alpy... che bello :)

Monday, April 6, 2009

Wiosnaaaaa!!


Celem zbadania, czy wiosna przyszła, odpaliliśmy ekipą rowery z wypożyczalni. W centrum Zurichu rowery można pobrać za darmo - zostawiając jedynie nieduży depozyt. I już można gnać wzdłuż jeziora: Bahnhofstrasse, Bellevue, północny brzeg i jesteśmy w Rapperswilu. Główną atrakcją tego miasteczka jest Muzeum Polskie na zamku - najbardziej skoncentrowny przyczółek polskiego patriotyzmu jaki zdarzyło mi się widzieć na świecie (no, może oprócz restauracji Jolly Inn w Chicago ;) ). Muzeum jest naprawde ciekawe - a z jego wieży rozciąga się piękny widok na Rapperswil i południe jeziora Zurichskiego. Tego dnia akurat na dokładkę była obecna pani malująca i wycinająca piękne pisanki.

W Rapperswilu zatankowaliśmy pizzę w pizzerii z sieci 10' - ciasto OK, obsługa mówiąca po włosku, całość pizzy - hmmm - na trójkę z plusem. Nikt nie chciał się przyznać, ze ma dość kręcenia na rowerze - więc przez most przejechaliśmy na południowy brzeg jeziora i wróciliśmy do Zurichu. 75km wycieczki rowerowej to całkiem nieźle jak na początek - myślałem, ze jezioro jest duuużo mniejsze. 

Monday, March 16, 2009

Sporty zimowe - cz2.

5. Łażenie w rakietach śnieżnych po górach. 
Śnieg po pachy, ale dzięki sprytnym "butom śnieżnym", prowadzący wycieczkę zapada się tylko po kolana, a idący za nim mają już mniej lub bardziej ubitą trasę. Gdy wydeptuje się swoją własną trasę w świeżym puchu... przepięknie. 

6. Łażenie w rakach po lodowcu. 
Robiłem to w sierpniu, na 2500 m n.p.m. Wszystko super - tylko trzeba tam wejść. Mogą się zdarzyć np. takie przygody jak noga która utknie w sniegu na skraju stumetrowego zjazdu w dół. Dobrze, ze kolega za mną złapał mnie za kołnierz i asekurował. Źle - bo wyciągając noge z dziury rozharatałem sobie rakiem spodnie (do wyrzucenia) i udo (tylko na 10cm i niezbyt głeboko). Aha - i można wpaść w szczeliny lodowca - dlatego jako najmniej doświadczony szedłem przodem, bo w razie czego fachowcy mieli mnie wyciągnąć. 

Sunday, March 8, 2009

Tendencyjny przegląd sportów zimowych i górskich, część 1.

Tym razem nie o jedzeniu :) Odkąd mieszkam blisko Alp, dużo więcej zdarza mi się uprawiać sportów zimowych i związanych z górami. Wcześniej robiłem tego bardzo mało - kilka z nich posmakowałem dopiero w Szwajcarii. Poniżej krótki przegląd tego co robiłem w tej dziedzinie przez ostatni rok. 

1. Narty. 
Gdy pierwszy raz zjechałem od górnej stacji kolejki gondolowej do dolnej po niebieskim szlaku - wyjąłem telefon i zapytałem się rodziców dlaczego nie wysłali mnie na narty gdy miałem 3 lata. Narty zjazdowe są boskie... Póki co jak dla mnie powinien być szeroki stok o małym nachyleniu, ale mam nadzieję, że powoli będę robił jakieś postępy. Sukcesów póki co niewiele - główny to trzykrotne zablokowanie wyciągu dla dzieci w Adelboden - "wyrwirączka" jest raczej dla lekkich osobników, a nie 90-kilogram
owych. Mam już swoje buty do nart, same narty wypożyczam (ok 50CHF za dzień wszedzie w Szwajcarii). Snowboard póki co mnie nie ciągnie. 

2. Łyżwy
Jak dla mnie - odkrycie po latach, choć rok temu jeździłem troche na ślizgawce w moim rodzinnym mieście. Lodowisko na Hallenstadion Oerlikon nie jest raczej jakieś nabite ludźmi.Bilet wstępu (bez limitów czasowych) kosztuje 6CHF, wypożyczenie łyżew drugie tyle. Mężczyźni dostają hokejowe, dziewczyny - figurówki. Obok trenują Zurich Lions tłukąc się kijami po obhełmionych głowach, albo panienki robiące układy tanczne na łyżwach. Stylowo zasuwam nie najpiękniej, ale bardzo mi się podoba. Czasem hamuję na bandzie lodowiska - ale po to ona jest :) Latem może odnowię znajomość z butami na rolkach. 

3. Sanki
Kilka tygodni temu wybraliśmy się ekipą na Pilatusa - gdzie trasa saneczkarska je
st na 6 kilometrów długa - można w dużej części wybrać wersję łatwiejszą  - z powolną i bardziej płynną jazdą i wersję wariacką - z większym nachyleniem stoku i większymi emocjami. Znów  - trzecioklasista nie ma problemów z hamowaniem, natomiast gdy ja wbijam pięty w śnieg, żeby zatrzymać rozpędzonego rumaka, to tumany śniegu unoszą się dobrze ponad moją głową - i nic się wtedy nie widzi. A po szczęśliwym zahamowaniu trzeba zetrzeć śnieg z twa
rzy :) 

4. Curling
Potrzebny jest tor lodowy z dziwną fakturą lodu - taką, że w zwykłych butach się nie da za mocno ślizgać. Do tego zestaw 20kilogramowych kamieni i miotła dla każdego zawodnika - a grają dwie czteroosobowe drużyny. Kamienie ciska się ślizgając się na jednej nodze zaopatrzonej w ślizgacz na podeszwie, podpierając się miotłą. Kamień ma doleciec do koła po drugiej stronie toru - koledzy z drużyny pomagają szczotkując lód miotełkami coby mniej tarcia było. Zabawna gra, troche dla emerytów - choć przy miotle można się też trochę zmęczyć. Wynajęcie toru na dwie godziny z pełnym sprzętem - 180 CHF. 


Sunday, January 18, 2009

Zurich, Josefstrasse...


Jakis czas temu moja filipińska koleżanka Cathy powiedziała, że jej ulubionym miejscem na poszukiwania jedzeniowe w Zurichu jest Josefstrasse. Jest to nieco zapyziała uliczka za Hautbahnhoffem, ale wiele w niej "etnicznych" sklepów i restauracyjek. Powtarzałem opowieść Cathy moim polskim znajomym, aż postanowiliśmy raz wyruszyć na eksplorację sami...

Głód obiadowy zastał nas w okolicy uliczki Gasometerstrasse gdzie mieści się marokańska jedzeniownio-herbaciarnia "Maison Blunt". Charakter "maghrebowy" podkreślają niskie stoliki z kolorowymi sofami w jednej z dwu sal. W drugiej są normalne stoły. Karta dań zawiera spory wybór specjałów północnoafrykańskich - ujęło mnie od razu to, że zawierała kilka zestawów śniadaniowych, a śniadania serwowane są do godziny 16. Jeśli zaś chce się zjeść obiad - jest spory wybór, w szczególności kilka różnych "mezzeplatte" czyli zestawów od 4 do 12 przystawek w glinianych miseczkach. Na pięć osób zdecydowaliśmy się na zestaw 12 (prawie jak na wigilę), który okazał się w sam raz. W zestawie były dwa rodzaje smażonych pierożków (z serem i ze szpinakiem), dwa rodzaje falafela, humus, jogurt, sos jak tzatziki, sos "jak ryba po grecku, ale bez ryby", coś jak pasta rybna z sera feta (ale bez ryby...), malutkie sajgonki, oliwki, oraz sałatka "tabule" na temat której dysktowaliśmy czy zawiera kolendrę (uff, chyba nie: kasza, mięta, pietruszka, cebula)... Do tego chleb - taki jak "pide" z tureckiego sklepu, który mi ratował życie w bezchlebowym UK - oraz miejscowy chleb szwajcarski: ciemny i ciężki. 

Do picia - herbata ze swieżych liści mięty - coś co pamietam jako aromat ogródka moich rodziców - z czasów gdy wszystkie weekendy spędzało się na działce. Herbata posłodzona już na wstępie, dodatkowo można sobie dosłodzic cukrem albo miodem a volonta... ufff. 

Bardzo lubię obiady składające się z samych przystawek... dlatego Maison Blunt wspominam bardzo dobrze. 

Monday, December 8, 2008

Raclet akademicki


Kolejna specjalnosc kuchni szwajcarskiej w wykonaniu polskim. Sobota wieczor, akademik gdzies na wygwizdowie pod Zurichem, ekipa Polakow skupia sie nad dwoma maszynkami podlaczonymi do pradu. Obok dwa wielkie gary z pyrami w mundurkach, stosy sera w grubych na centymetr plastrach, nieco boczku, talerzyki z piklami: ogorki, cebula, mala kukurydza. Czyli robimy racleta (raclette) - zimowy odpowiednik grilla w Szwajcarii.

Cala zabawa polega na tym, ze kazdy na wlasnym talerzu kroi sobie ziemniaka, polewa go stopionym, lekko przysmazonym serem, zgrabnie zdjetym z racletowej lopatki, posypuje pieprzem i galka muszkatolowa i zagryza piklami. Zabawa jest niebezpieczna, bo to bardziej czynnosc spoleczno-towarzyska niz posilek i czesto latwo przeoczyc moment serowego przejedzenia... Ser powinien byc raczej specjalny, o nieco intensywnym zapachu, pewnie tez z Valis, od krow z dzwonkami na szyi.

Kierownik calej imprezy, Pawel, podal nam pare sztuczek racletowych : na plasterek sera mozna wrzucic nieco cebuli, albo kawalek orzecha wloskiego - wtedy calosc nabiera specjalnego smaku. Troche sie dziwilem, ze sie nie przejadlem - albo to uprzedni trening w jedzeniu szwajcarskiego sera, albo cola (ech) zamiast wina.

Friday, December 5, 2008

Linde Oberstrass

Wczoraj był dzień górnika oraz św. Barbary. Świetowaliśmy go polską ekipą kampusową w Linde Oberstrass. Jest to mini-browar, połączony z restauracją w okolicy Winkelriedstrasse w Zurichu. Jak dla mnie, jest to knajpa żywcem z książek Marka Krajewskiego o Wrocławiu dwudziestolecia międzywojennego. Jestem się gotów założyć, że był on w Linde Oberstrass i to całkiem niedawno, ponieważ mieszkał w Zurichu na początku tego roku... minęliśmy sie pewnie. Szkoda, bo zwłaszcza opisy jedzenia w jego książkach są fantastyczne. 

Ale do rzeczy :) Kuchnia w Linde Oberstrass jest na środku restauracji, widać uwijających się kucharzy, czuć nieco zapach tego co się dla nas szykuje. Oprócz sałatek, łącznie z niedzowną w karcie Wurstsalat, są dania "pseudowłoskie" oraz specjalnosci miejscowe, na któreśmy właśnie przyszli.  Większość z nas zamowiło roschti z serem i jajkiem, przy okazji dowiedzieliśmy się, ze jest to potrawa z Valis. Ponieważ miałem niecny zamiar spróbować roschti od kogoś z ekipy, zamówiłem Flammkuche mit Speck. Speck był na szczęscie bardziej szynkowy niż słoninowy, do tego solidna ilość cebuli i śmietany, całość na cienkim, łamiacym się cieście (moje Flammkuche na obrazku). Kolega z Pyrlandii zamówił drugie - z chorizo i fetą w pomidorach - też wyglądało nieźle.   

Do tego piwo - robione na miejscu, podawane w szklankach, kuflach, albo dwulitrowych butelkach zamykanych "jak dawna lemoniada". Taką butelkę można wziąć sobie za kaucją i zatankować do domu. Najpierw wypiliśmy jedną butlę Weihnachtsbier (wersja na Boże Narodzenie) a później butlę normalnego Hausbier - na 5 osób dwie takie butle są w sam raz. 

Szwajcarzy są świetni w przygotowywaniu dań sezonowych. Także i tu czekała "zimowa" karta dań. Jednak po zjedzeniu klasyki, spróbowaliśmy do podziału tylko zimowy deser: zimtglace mit feigen, czyli lody cynamonowe z figami, pięknie oblanymi karmelem i posypanymi płatkami migdałowymi. Nie obeszło się przy okazji bez włoskiego dowcipu o "gelato al gusto di figa", ale to dowcip do opowiadania po co najmniej 2 piwach :) 

Saturday, November 22, 2008

Czekolada...

W zeszłym tygodniu umknął mi wykład o czekoladzie dla chemików . Znajoma ekipa chemiczna oczywiście jednak tam była. Wnioski są podobno proste:
  • jedzcie czekoladę
  • jedzcie gorzką czekoladę
  • jedzcie gorzką szwajcarską czekoladę wysokiej jakości
Łatwo się domysleć, skąd był wykładowca. A czekolada ponoć jest naprawdę dobra na wszystko. 

Tuesday, November 18, 2008

Zestaw jaki mozna zamowic w ekskluzywnym kurorcie...


...Arosa w Szwajcarii.
Clochard Roschti mit Kuebel (czyt. kibel) Bier!
Roschti - to tubylczy placek ziemniaczany - przyzmazone, starte grubo ziemniaki. W wersji "menelskiej" posypane przysmazona tubylcza parowka (cervelat). A piwo "Kübel" pochodzi z bratniej Austrii.